Co warto obejrzeć, a co można zignorować - przeczytasz tutaj!
RSS
poniedziałek, 05 marca 2012
Spadkobiercy na Hawajach

SpadkobiercyTak słabego filmu już dawno nie było na ekranach filmowych. Spadkobiercy Alexandra Payne'a to dramatycznie nużący obraz, którego nie uratował nawet George Clooney. Aż 5 nominacji do Oscara to porażka i antyreklama filmowej nagrody. Nie po raz pierwszy zresztą.


Historia Matta, prawnika, któremu świat się wali w jednej chwili jest typową historią wziętą z życia codziennego. Bardzo szybko okazuje się, że główny bohater  ma nie tylko  problem z podjęciem decyzji o sprzedaży odziedziczonego rancza, ale także z informacją o romansie swojej żony, która nie może nic wyjaśnić, bo leży pogrążona w śpiączce. Postanawia więc odnaleźć kochanka żony, żeby mógł i on się pożegnać.  Tak do końca nie wiadomo czemu.... Historia jest tak monotonna, nudna i przewidywalna......

Pomysł na film nie miał nic wspólnego z życiową historią, którą można Spadkobiercypokazać wszędzie, a tu świadomie wybrano Hawaje. Jak się można domyślić, wymarzone miejsce na wakacje nie wygląda jak na obrazku z foldera reklamowego, a rodzina Kingów, mieszkająca na rajskiej wyspie, nie jest rodziną idealną. Obraz został oparty na konfrontacji wykreowanych wyobrażeń, które nijak się mają do rzeczywistości. Jednak ten zabieg  okazał się  niewystarczający.

 Podobno zaletą najnowszego filmu Alexandra Payne’atego ma być to, że  jest zupełnie nieamerykański, co jednak  nie przełożyło się  na scenariusz, który  jest bardzo słaby. Mam wrażenie, że film został wyłącznie nakręcony dla dumnych z dorobków Europejczyków, którzy  cenią tylko tzw. kulturę wyższą...

Moja ocena: 0 na 6 ******




15:00, ostatnioobejrzane
Link Komentarze (3) »
wtorek, 26 lipca 2011
Wygrany, czyli największy przegrany

WygranyOstatni film Wiesława Saniewskiego Wygrany  wygrywa wszystkie nagrody zarówno za scenariusz, reżyserię i grę aktorską w kategorii najgorszy film roku!!!! Parafrazując bohaterów Rejsu człowiek patrzy, patrzy na to, aż w końcu się chce mu z kina wyjść i powinien to zrobić. Reżyserowi udało się zrobić typowy polski film, w którym panuje tylko wyłącznie wieczna nuda, okraszona fatalnymi dialogami, gdzie sztandarowo-nic się nie dzieje. 

Film został już zniszczony na poziomie scenariuszu, który żeby dostać dofinansowanie z Polskiego Instytutu Filmowego musiał być oceniony przez tzw. ekspertów. W jaki sposób uzyskał on pozytywne oceny, tego nie wiem, ale też ekspertem nie jestem. Sama historia  jest prosta.  Młody pianista Oliver (w tej roli Paweł Szajda, znany też z filmu "Tatarak") w jednej chwili traci wszystko: żonę, sławę i pieniądze. Nie końca wiadomo dlaczego, ale można się samemu domyślić, że chodzi o kryzys. Pomaga mu  Wygranyobcy człowiek Frank Górecki grany przez Janusza Gajosa, który jest zapaleńcem wyścigów konnych, byłym nauczycielem matematykiem. Jego historia jest tak samo kuriozalna jak cały ten film. Okazuje się, że tak jak nasz główny bohater urodził się w Chicago, jako żołnierz armii amerykańskiej wylądował w Berlinie, potem nie wiadomo kiedy i dlaczego wrócił do Polski i resztę swego spędził we Wrocławiu. Obaj panowie sobie pomagają, choć nie końca wiadomo do końca z jakich pobudek. Niewiele ich łączy ani zawodowo ani towarzysko.

Wygranego nie uratowała też obsada aktorska. Paweł Szajda powinien pomyśleć o zmianie zawodu. Jego gra aktorska była na żenującym poziomie, chociaż rola dawała mu możliwości do pokazania swego talentu, ale jak się talentu nie ma , to niewiele można pokazać. Dramatycznie też zagrała Marta Żmuda-WygranyTrzebiatowska, która wcieliła się w rolę nowej miłości Olivera. Ich gra nie odbiegała od rejsowej definicji polskiego  aktora, która brzmi: To jest pustka... Pustka proszę, pana... Nic! Absolutnie nic.  Załóżmy, proszę pana. Że jak polski aktor, proszę pana... Gra, nie? Widziałem taką scenę kiedyś... Na przykład, no ja wiem? Na przykład zapala papierosa, nie? Proszę pana, zapala papierosa... I proszę pana patrzy tak: w prawo... Potem patrzy w lewo... Prosto... I nic... Dłużyzna proszę pana... To jest dłu... po prostu dłu... dłużyzna, proszę pana. Dłużyzna. Filmu, co warto podkreślić, nie uratował Janusz Gajos, który próbował wszytkiego, czego się nauczył, ale jemu ta sztuka też się nie udała.

 

Opowieść o pianiście, Oliverze i jego przyjacielu,Franku Góreckim jest historia uniwersalną , którą można przełożyć na historię każdego człowieka. Nasz bohater traci wszystko, ale z pomocą otoczenia potrafi się podnieść. Czasem, żeby coś zyskać i odnaleźć siebie, trzeba bowiem najpierw dużo stracić. Inaczej niż w polskim filmie. Człowiek traci najcenniejszą rzecz czyli swój wolny czas i nic nie zyskuje.  O tym przekona się każdy polski widz, który wybierze się na Wygranego Wiesława Saniewskiego.

Moja ocena: 0 na 6 ******



czwartek, 21 kwietnia 2011
Między światami, czyli gdzieś w króliczej dziurze

 

ZdjęcieSłusznie sztuka Rabbit Hole Davida Lindsay- Abaier’a otrzymała nagrodę Pulitzera. Jest to świetnie napisany dramat z iskrzącymi dialogami. Gorzej jednak wypadła jego ekranizacja, za co pełną winę ponosi reżyser filmu Robbit Hole John Cameron Mitchell. Z wybornej sztuki pozostały tylko dialogi, ale to za mało, by można obronić tą filmową adaptację.

Sztuka Rabbit Hole opowiada historię pewnego małżeństwa, które stara się żyć po śmiertelnym wypadku syna. Becca i Howie Corbett tworzą  wzorowe małżeństwo, którego spokój został zburzony raz na zawsze. Widzimy rozgrywający się dramat z perspektywy dwóch różnych charakterów: żony i męża. Oboje na swój własny sposób próbują uporać się z tragedią, która ich dotknęła.

Becca, zmęczona przyjmowaniem wyrazów otuchy od przyjaciół, Zdjęciezaprzyjaźnia się z Jasonem, nastoletnim twórcą komiksów o alternatywnych światach, który właśnie tego dnia prowadził samochód. Z kolei jej mąż Howie odnajduję bratnią duszę w nieznajomej kobiecie, przypadkowo poznanej na grupie wsparcia. Różnica ich charakterów, odmienność ich potrzeb po stracie syna doprowadzają do kłótni i do postawienia najważniejszych pytań: czy mogą i czy przede wszystkim chcą być jeszcze razem?

Reżyserowi udaje się wprowadzić widza w melancholijną nastrojowość, ale tylko na krótko. Jest ona sztucznie przeciągana i trwa zbyt długo, przez to film traci swoje tempo. Zabrakło chyba pomysłu. Mam wrażenie, że obraz ten powinna nakręcić Sofia Coppola, która jest mistrzynią w pokazywaniu ludzkich emocji, co parokrotnie udowodniła.

Atutem filmu na pewno jest jego gwiazdorska obsada. W rolę PlakatBecci wcieliła się Nicole Kidman, a Howiego-Aaron Eckhart. Najlepiej ze swego zadania aktorskiego wywiązała się jednak Dianne Wiest, która genialnie zagrała postać matki Becci: prostą, religijną osobę, która też straciła swój dziecko.

Ze względu na dobrze napisany dramat, film Między światami warto w wolnym czasie zobaczyć, ale trzeba pamiętać, że temu obrazowi bardzo daleko do arcydzieła.


Moja ocena: 3 *** na 6 ******

sobota, 02 kwietnia 2011
Somewhere czyli gdzieś między miejscami

ZdjęcieNajnowszy film Sofii Coppolii Somewhere, która na początku swojej reżyserskiej kariery zasłynęła dwoma swoimi obrazami Przekleństwami niewinności oraz Między słowami, delikatnie ujmując rozczarowuje. Złoty Lew zdobyty na 67 festiwalu filmowym w  Wenecji z osobistej inicjatywy Quentina Tarantino  Coppola otrzymała  albo za dotychczasowy dorobek, albo za nazwisko.

Zacznijmy jednak od początku. Akcja filmu rozgrywa się w słynnym, uwielbianym przez gwiazdy hotelu w Los Angeles -  Chateau Marmont.  Fabuła skupia się na gwiazdorze Johnnym Marco, który ma  wszystko, czego dusza zapragnie, czyli pieniądze, szybkie samochody, piękne kobiety. Jak się można domyśleć brakuje mu oczywiście najważnieszjego - poczucia życiowego spełnienia czy prostej radości z wykonywanego zawodu. Momentem zwrotnym stają się odwiedziny jego 11- letniej córki  Cleo, dla której na czas opieki musi nieco zmienić swój tryb dnia.

Ostatni film Copoli na pewno nie jest komedią, a wręcz przeciwnie. Jest to klastyczny dramat o zagubieniu, frustracji i samotności, które dotykają  wszystkich ludzi bez względu na pozycje zawodową czy majątkową. Jednak najbardziej „dramatyczny” jest koniec filmu. Wydaje się, że reżyserce zabrakło  pomysłu, bo wykorzystała najbardziej wyeksploatowaną scenę  w filmie amerykańskim czyli porzucenie samochodu na poboczu drogi i ruszenie przed siebie. Ręce opadają.   

Pod względem aktorskim film również  nie zachwyca. Nie zapada w pamięci ani gra Stephena Dorffa, dla którego Coppola specjalnie napisała rolę Johnny’ego, ani też zagrana przez Elle Fanning postać Cleo. Nie można im niczego zarzucić, ale  nie ma też  za co chwalić.

Zdjęcie

Jednak opowiedziana historia ma swój coppolowy klimat. To jest największy atut tego obrazu. Własny, równy, jednostajnym rytm, który przenosi widza w pusty hollywodzki świat celebrytów, tak jak chciała tego reżyserka. Niestety, tylko tyle dobrego można powiedzieć.

Ostatniemu obrazowi Sofii Coppoli Somewhere daleko jest do już kultowego Między słowami, który zasłużył na wszystkie nagrody. Somewhere jest z niższej półki, ale dla wielbicieli Coppoli, do których sama należę, ten fakt pozostanie bez znaczenia.


Moja ocena: Moja ocena: 3 *** na 6 ******


poniedziałek, 17 stycznia 2011
Czarny Łabędź. Sztuka nade wszystko.

 

Zdjęcie

Czarny Łabędź to film, który stał się wydarzeniem już od momentu jego projekcji na 67 Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji. Jego reżyser Darren Aronofsky, twórca Requiem dla snu, Źródła i Zapaśnika, tym razem zaprezentował mroczną historię, która dzieje się w środowisku nowojorskich tancerzy klasycznych. Obraz został wysoko oceniony przez krytyków filmowych i okrzyknięty filmowym arcydziełem.

W swoim najnowszym filmie Aronofsky zabiera widzów w ulubiony przez niego  mroczny i tajemniczy  świat ludzkich obsesji i namiętności, w którym psychika zaczyna płatać różne figle. Główna bohaterka, piękna i utalentowana baletnica Nina, ma zagrać dwie przeciwstawne role: Białego i Czarnego Łabędzia w Jeziorze łabędzim Czajkowskiego. Jednak jej dążenie do artystycznej perfekcji powoduje, że przestaje odróżniać spektakl od rzeczywistości. Zaczyna popadać w prześladowczą obsesje a potem w obłęd, uważając że jedna z dziewczyn chce odebrać jej rolę życia. Życiowa kreacja zmusza ją do odkrycia nieznanej do tej pory, mrocznej strony swej osobowości. W ten sposób stajemy się świadkami narodzin Czarnego Łabędzia.

ZdjęcieHistoria baleriny z rozdwojeniem jaźni to świetnie napisany dramat, który przeradza się psychologiczny thriller.
Najsłabszym ogniwem tej historii jest matka Niny, byłej baletnicy, która nie odniosła sukcesu. Nie udało się Darrenowi zdetronizować Pianistyki i pokazać niszczącej siły oraz toksycznych relacji matki z córką. A szkoda!!! Natomiast gorzej wypadła już jego ekranizacja. Perfekcyjna dbałość reżysera pokazania każdego detalu wpływa na tempo filmu. W pewnym momencie delektowanie się obrazem stają się po prostu nużące i męczące, szczególnie dla tych osób, które nie należą do grona wielbicieli baletu. Użycie kamery 16-milimetrowej, co jest pewnym precedensem, to jednak za  mało, by uznać film za arcydzieło.

Zdjęcie

Darren Aronofsky zadbał też o światową obsadę. Ninę zagrała Natalii Portman, która nie jest jednak najlepszą kreacją w tym filmie, w przeciwieństwie do Vincenta Cassela. Cassel genialnie wcielił się  w rolę kierownika artystycznego Thomasa Leroya. To pod jego wpływem nasza bohaterka staje się czarnym łabędziem i to nie tylko na scenie. Z kolei Natalii Portman swą rolę zagrała poprawnie, nawet zbyt poprawnie, w której zabrakło jednak emocji. W tym tkwi główny problem. Grana przez nią baletnica tańczy perfekcyjnie, jednak brakuje jej tego czegoś, co odróżniałoby ją od innych.

Ze względu na dobrze napisany dramat, film Darrena Aronofsky'ego Czarny Łabędź warto obejrzeć, ale do arcydzieła mu daleko.

 

Moja ocena: 4 **** na 6 ******

 

piątek, 14 stycznia 2011
Turysta, czyli historia posągowej pary

 

Zdjęcie

Drugi film oskarowego Floriana Henckela von Donnersmarcka, reżysera Życia na podsłuchu z gwiazdorską obsadą, nie rzuca na kolana. Trzeba powiedzieć to otwarcie i szczerze.

Przedstawiona historia jest bez zarzutu. Bohater obrazu niejaki Frank, amerykański turysta, postanawia wyjechać do Włoch, by tam uleczyć swe złamane serce. Spotyka tam niezwykłą, atrakcyjną kobietę o imieniu Elise, która świadomie staje na jego życiowej drodze. Okazują się ona jednak agentką Interpolu, która wykorzystuje go jako przynętę. Przy jego pomocy wywabia z kryjówki nieuchwytnego przestępcę Alexandra Pearce, z którym kiedyś miała romans.

Bardzo szybko jednak widz ulega wrażeniu, że film powstał wyłącznie dla aktorów grających w nim główne role czyli Johnn'ego Deppa, który jak na 47-letniego mężczyznę wygląda niezwykle młodzieńczo oraz zmieniającej co ujęcie kreacje Angeliny Jolie. Światowe gwiazdy miały być gwarantem, że ten film zarobi, i zapewne tak też się stanie. Niestety, ich gra ani nie zachwyca, ani nie porywa. Między posągową wręcz Angeliną i wciśniętym w smoking Depp’em nie iskrzy, nie gra, w efekcie zamiast ognia jest topniejący lód.

Największym mankamentem tego obrazu jesty słaby scenariusz. Brakuje dowcipnych dialogów, puent, bon motów, dzięki którym pierwsze kilkadziesiąt minut filmu, inaczej by się oglądało. A tak zaczyna wiać po prostu nudą. Na pociesznie powiem, że dalej jest już trochę lepiej, ale tylko trochę.

ZdjęcieJednak najwięcej  roboty wykonał w tym filmie reżyser Florian Henckel von Donnersmarck, który co warto odnotować miał niewielkie pole manewru, gdyż Turysta jest  remake'em francuskiego thrillera Anthony’ego Zimmera z 2005 roku. Jego koncept, by fabułę potraktować trochę z przymrużeniem oka, w sumie ten obraz uratował. Pomysł na umieszczenie akcji w Wenecji, znając europejski snobizm, może nawet przynieść mu jakąś kontynentalną nagrodę!!!

ZdjęcieTurysta jest tym rodzajem filmów, który ogląda się  w miarę przyjemnie, lecz nic po nim nie zostaje. Nie wzbudza żadnych emocji, ani tych pozytywnych ani negatywnych. Nic dodać , nic ująć.

 

Moja ocena: 3 *** na 6 ******

piątek, 07 stycznia 2011
Głód. Nie ma morderstwa politycznego. Jest tylko akt kryminalny

 

PlakatReżyserski debiut Steve'a McQueena został wysoko oceniony przez krytyków filmowych. Głód oprócz Złotej Kamery w Cannes wygrał festiwale w Toronto, Chicago i Wrocławiu, zdobył szereg innych nagród, w tym BAFTA dla najbardziej obiecującego młodego reżysera. Nie należy go jednak porównywać  ani stawiać  w jednym rzędzie z głośnym filmem z 1993 r. W imię ojca. To są zupełnie inne obrazy, których łączy tylko konflikt irlandzko-angielskiego. Więzienny dramat McQueena to kino surowe i przerażające,  wymagające od widza silnej odporności emocjonalnej.

Rok 1981. Irlandia Północna. Zakład karny w Maze. Uwięzieni członkowie IRA domagają się przyznania im przez brytyjski rząd statusu więźniów politycznych. Przeprowadzają protest czystości, który przybiera coraz bardziej radykalne formy: od odmowy mycia, poprzez niszczenie cel, wylewanie moczu na korytarzach i odmowę wkładania ubrań. Jeden z więźniów  Bobby Sands decyduje się na ostateczny, desperacki krok – głodówkę. Po 66 dniach zagładza się na śmierć.

ZdjęcieGłód to kino realistycznie, zbudowane z kilkunastu długich, niemal pozbawionych dialogu sekwencji, w którym dominuje prostota i minimalizm. Tryptykowa konstrukcja filmu, chirurgiczna precyzja kadru oraz perfekcyjna dbałość o każdy szczegół czynią z tego reżyserskiego debiutu filmową perełkę.  Z drugiej jednak strony reżyserowi nie udało się wydobyć z tej historii uniwersalnego przekazu. Twórca Głodu mógł pokazać jak bezgraniczna jest ludzka determinacja i ile jest w stanie zrobić człowiek walczący o to, by go wysłuchano.

Wydaje się, że reżysera paradoksalnie zgubiła obawa przed nakręceniem czarno-białej historii o bezwzględnych katach i bezbronnych ofiarach. McQueen nie chcąc popaść w ten schemat, obraz walki uwięzionych irlandzkich bojowników zrównoważył portretem więziennych strażników. Najpierw więc poznajemy jednego ze strażników zakładu karnego, w którym przebywa Sands, później jednego z bojowników, a dopiero na koniec samego Sandsa. W obu światach nie ma ani wygranych ani przegranych, gdyż wszyscy są  niewolnikami wojny o wyższe cele, a jedynym rozwiązaniem zdaje się być eskalacja przemocy, bólu i cierpienia.

Widz nie jest przez reżysera manipulowany, gdyż ten unika politycznej dysputy, nie stając po żadnej ze stron konfliktu. Temu rygorowi podporządkowali się też aktorzy. W rolę Bobby'ego Sandsa wcielił się Michael Fassbender, który ascetycznie zagrał człowieka gotowego poświęcić swoje życie dla ideałów. Warto też wspomnieć o roli strażnika więziennego i jej świetnej kreacji przez Larrego Crowna.

Zdjęcie

Głód ogląda się wolno i z boku. Czasami, gdzieś ta dramatyczna historia umyka,  ale wszystko dzieje się zgodnie z intencjami reżysera.

 

 

 

 

Moja ocena: 3 *** na 6 ******

08:41, ostatnioobejrzane
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 stycznia 2011
Jak spędziłem koniec lata

 

ZdjęcieKu mojemu przerażeniu zaczynam mieć alergię na kino artystyczne. Wszystkimi rękoma bronię się, by nie dołączyć do szerokiego grona krytyków obnażających jego liczne słabości typu: mizerny scenariusz czy też bardzo średnie umiejętności aktorskie. Niestety, kontrargumentów nie dostarcza ostatni rosyjski film Jak spędziłem koniec lata w reżyserii i według scenariusza  Alekseja Popogrebskiego, który był wyświetlany podczas 60 Międzynarodowego Festiwali Filmowego w Berlinie. Film otrzymał nawet  Srebrnego Niedźwiedzia za rolę męskie oraz nagrodę za najlepsze zdjęcia.

Moje pytanie brzmi za co?

Obraz, który przedstawia relacje między dwoma mężczyznami, dzieje się na niedostępnej, odległej i niezamieszkałej wyspie w arktycznej części Rosji,  w małej stacji meteorologicznej. Ich praca polega na regularnym odczytywaniu danych i przesyłanie ich przez radio do centrali. W skażonej radioaktywnie okolicy, radio jest ich jedynym łącznikiem ze światem. Dominuje więc szary i mglisty krajobraz, który tworzy naturalną sceną dla mającego się rozegrać dramatu. Miał się on rozpocząć od wiadomości o ciężkim wypadku żony i syna jednego z głównych bohaterów Siergieja,  pięćdziesięcioletniego mężczyzny. Niestety, to co się dzieje się dalej, staje się dla widza niestrawne z dwóch powodów: miernego scenariusza i niezwykle słabej gry aktorskiej. Nie ma sensu zastanawiać się, co jest gorsze.

Tego dylematu nie miało Variety, które napisało:„Wspaniały dramat. Na początku oziębły, potem rozgrzewający się, aż w końcu kipiejący od napięcia. I to wszystko bez uciekania się do łatwych sztuczek rodem z thrillerów. Nie ma tu pretensjonalnej duchowości i zwapniałej symboliki zbyt często widywanej w rosyjskim kinie artystowskim.”


Plakat

Braki w scenariuszu ukryte zostały klasycznie jak przystało na kino artystycznie czyli długimi kadrami krajobrazu Półwyspu Czukockiego, co jeszcze przez pierwszą godziną można zdzierżyć, przy następnych minutach dość monotonnego jednak terenu, może zabraknąć sił. Rola Pawła, drugiego współpracownika, świeżo upieczonego absolwenta szkoły wyższej,  która była kluczowa tego filmu, została fatalnie zagrana przez Grigorija Dobrygina. Nie wiem, czy to jest wina aktora czy też reżysera. Obie postacie są różne: Paweł jest entuzjastą i woli spędzać czas grając w gry wideo i słuchając muzyki na mp3, zaś Sergiej w tej roli Siergiej Puskepalis, który wcielił się w rolę dojrzałego i doświadczonego mężczyzny. Jednak nie wiadomo, jakie są relację między nim, czy się lubią, czy się nie lubią. Tych nie wiadomych jest bardzo dużo, co powoduje że zachowanie Pawła staje się coraz bardzo niezrozumiałe. Powstaje wrażenie,  że lekcji nie odrobili zarówno aktorzy jak i reżyser, chociaż jedna z recenzji twierdzi, iż tym filmem Popogrebskij udowadnia, że jest jednym z najbardziej utalentowanych rosyjskich reżyserów, z potencjałem na międzynarodową karierę.


Zdjęcie

Film Jak spędziłem koniec lata, jako wielbiciel obrazów Wendersa i Bergmana nie polecam. Najkrócej mówiąc, to nie jest dobry film. Trudno w nim dostrzec napiecię, chociaż  taką szansę film ode mnie otrzymał. Ciężko też zobaczyć emocjonalną grę  Dobrygina i Puskepalisa. Mojej uwagi ten obraz nie przykuł.

 

Moja ocena: 2 ** na 6 ******

 

niedziela, 05 grudnia 2010
Inna modlitwa, ale te same dylematy

Kino tureckie to terra incognita w naszym kraju. A szkoda. Nasze wyobrażenia o społeczeństwie tureckim do tej pory było kształtowanie przez kino niemieckie, które w ostatnich latach coraz częściej zaczęło zauważać mieszkającą tam liczną mniejszość turecką. Nadal jednak ten świat dla europy jest daleki i niezrozumiały i dlatego często pokazywany w stereotypowy sposób. Obraz tureckiego reżysera Mahmuta Fazila Coskuna Inna modlitwa przełamuje te tendencje i pokazuje obraz społeczeństwa tureckiego do tej pory nam nieznany.

Akcja Innej modlitwy toczy się w podzielony wyznaniowo i narodowościowo Stambule, mieście położnym na dwóch kontynentach. Nasz bohater, który jest początkującym muezinem i po ukończeniu szkoły religijnej na prowincji dostaje pełny etat w jednym z tamtejszych meczetów. Do swego wyuczonego zawodu podchodzi niezywkle pragmatycznie i rzeczowo, bez emocjonalnego i religijnego zaangażowania. Łamię to pierwszy stereotyp muzułmanina, który od ataku na WTC jest nam serwowany. Po raz drugi, gdy nie okazuje swej wrogości do katolicyzmu. Po raz trzeci, gdy dorabia u sędziwego bibliofila, gdzie tłumaczy ormiańskie teksty.

 

Zdjęcie

 

Na drugim planie Innej modlitwy pojawia się uczucie między duchownym islamskim, a jego sąsiadką chrześcijanką. Nie jest to przede wszystkim prosta i piękna historia o miłości w stylu amerykańskim ze szczęśliwym happendem. Między nimi panuje nieśmiałość, wstydliwość i zagubienie. Ich opowieść kończy się na pustym dworcu kolejowym. Ona wyjeżdża do Włoch, by tam zostać zakonnicą, a on zostaje w Istambule. Pożegnanie, co warto odnotować, odbywa się bez słów, rozpaczliwych gestów, w pełnym słońcu a nie w strugach padającego deszczu. O dramacie naszego bohatera świadczą tylko pojawiające się łzy....

Film utrzymany w  jednostajnym rytmie narracji,wręcz czasami zbyt monotonym, na pewno nie jest dla wielbicieli szybkiej akcji czy też osób gustujących w melodramatach. Dla tych widzów będzie to kino po prostu męczące. O tym należy pamiętać decydując się go obejrzeć. Obraz Mahmuta Fazila Coskuna jest dla tych wszystkich, którzy chcą zobaczyć kulturowe różnice mieszkańców Istambułu, bez ideologicznego i dogmatycznego klucza.

Moja ocena: Moja ocena: 5***** na 6 ******

środa, 24 listopada 2010
Pożegnanie. O przywracaniu nadziei

 

Plakat

Śmierć bliskiego mam człowieka jest zawsze doświadczeniem bolesnym i traumatycznym. Pomimo powszechnej świadomości końca ludzkiego życia, śmierć paraliżuje i obezwładnia. Ze wszech ograniczającej niemocy i  pustki wyrywa jedynie obowiązek pochówku. Wchodzimy w nieznany świat obrządków i rytuałów, które pomagają pożegnać się i złagodzić ból odejścia. Dom pogrzebowy staje się ostatnią przystanią  dla żywych i pierwszą dla zmarłych. Pożegnanie w reżyserii Yojiro Takity zabiera nas do taką podróż .

 

Opowieść o byłym wiolonczeliście, którego świetnie zagrał go Masahiro Motoki, to obraz przejmujący i niezwykły. Nasz bohater po utracie pracy w orkiestrze przez przypadek trafia do zakładu pogrzebowego, gdzie na nowo odkrywa siebie i świat, który  go otacza. Pomału oswaja się ze śmiercią, z którą do tej pory nie miał do czynienia. Z każdym kolejnym dniem zaczyna pojmować sens wykonywanych rytuałów takich jak mycie i ubieranie zwłok. Pomimo lokalnego ostracyzmu, odejścia żony nasz bohater odnajduje się  w końcu w roli strażnika bram życia i śmierci, stając się współczesnym Charonem. Co ciekawe, dopiero wtedy  zaczyna dostrzegać sens życia.

Pożegnanie uczy także obcować ze śmiercią. Nie tylko głównego bohatera, ale również widza. Film na tak trudny do należytego uchwycenia temat nie jest obarczony grzechem pretensjonalności, dominuje w nim lekkość, sympatia dla postaci.

Pożegnanie również nie ocierają się o banał, ani nie przekraczają granicy dobrego smaku. Wyróżnienie Oskarem w 2009 roku dla najlepszego zagranicznego filmu, moim skromnym zdaniem, jak najbardziej zasłużone.



Moja ocena: Moja ocena: 5***** na 6 ******

 
1 , 2 , 3